Bitamina o przyjaźni, planach i NOWEJ PŁYCIE!

Bitaminy przedstawiać nie trzeba, warto jednak wiedzieć o nich coś więcej, bo to nie tylko znakomici artyści, ale przede wszystkim wspaniali ludzie. W rozmowie z nami udostępnili do zwiedzania swoją „Kawalerkę”, a nowych gości oprowadzają nawet po przydomowym „Placu Zabaw”. Pomimo małego metrażu, zapraszają nas do „mylenia kroków i gubienia rytmu”. Jeśli macie więc w kieszeni parę minut to koniecznie rezerwujcie je na przeczytanie naszej rozmowy. Zapewniamy, że po tym krótkim oprowadzeniu zostaniecie na znacznie dłużej.

Sylwia: Zaczynając do waszych początków. Jak to się stało, że trzech zupełnie zwykłych chłopaków, spotkało się w małej podwarszawskiej wsi w Secyminie Nowym i zrobili tak niezwykły projekt jakim jest Bitamina?

Piotrek: Założeniem tego wszystkiego była muzyka, ale nie była ona głównym celem. Ważną rolę w tym całym „zamieszaniu” odegrała przyjaźń. Od zawsze tak się działo, że wspólne spędzanie czasu, np.: sanki lub frisbee, łączyło się z tym, że przychodził moment, w którym mówiliśmy: dobra to teraz trochę muzyki. Z czasem na naszej drodze pojawiały się też inne osoby, które okazały się najpierw niesamowitymi ludźmi, a później dodawali coś od siebie do naszej muzyki. W takim sposób to wszystko ewoluowało.

Bartek: W momencie, gdy się poznaliście, był jakiś wspólny element, który połączył waszą trójkę?

Mateusz: W tym czasie na pewno tym wspólnym mianownikiem był hip-hop.

Sylwia: A propos hip-hopu, wasz pierwszy album , który puściliście w eter czyli „Listy Janusza” utrzymany był w stylistyce alternatywnego, eksperymentalnego hip-hopu z jazzowym przejściem. Tych 10 utworów, znacząco różni się od waszych dwóch ostatnich albumów. Co było powodem takiego przejścia w stylach? 

Piotrek: Wynika to przede wszystkim ze zmiany w podejściu do tematu. Aktualnie jest nas trzech, są więc trzy głowy i każdy z nas rozwija się w swoją stronę. Mateusz szkoli stronę wokalną, a przy tym jest bardziej energiczną osobą, niż na przykład ja. To wszystko sprowadza się do tego, że powstaje taki album jak „Kawalerka”, gdzie właśnie głową przewodnią są pomysły Mateusza. „Listy Janusza” były prowadzone w sposób bardziej kontemplacyjny. Narzucały inne tempo. Nie da się ukryć, że nasza współpraca cały czas ewoluuje i jak posłuchamy i dorzucimy do tego jeszcze „Bitaminę C” to widzimy w tym wszystkim dodatkowo Amara, który wnosi do tego projektu swoją własną nutę.

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

Sylwia: Zgodzicie się ze stwierdzeniem, że jesteście prekursorami jakiegoś nowego gatunku na polskiej scenie muzycznej?

Mateusz: Myślę, że nie. To wszystko już gdzieś, kiedyś było. Tak naprawdę prawie wszystko co słyszymy miało swoje początki w przeszłości, ktoś to już kiedyś odkrył. W naszym przypadku, dość specyficzny, jak na polską scenę muzyczną, wydaje się być sposób mieszania tego wszystkiego- „dodawanych przypraw”. Bez obawy, czy ten numer jest funkowy, a ten popowy, a tamten jest jeszcze czymś innym, zastanawiamy się: Czy to można razem połączyć? Jasne, że można, dawaj, wrzucaj (śmiech). Na polskiej scenie są już artyści, którzy przełamali barierę wejścia z nowymi gatunkami, czego przykładem jest chociażby Maja Kleszcz, z jej pięknym soulowym brzmieniem. Swego czasu był nim również zespół Sistars, czy aktualnie znakomita folkowo-popowa odsłona Moniki Brodki. My natomiast jesteśmy po prostu chyba pierwszą ekipą, która do tego wszystkiego dorzuciła jeszcze trochę hip-hopu.

Piotrek: Jako zespół wywodzimy się z hip-hopu, jesteśmy nim wręcz przesiąknięci, i traktujemy go jako swego rodzaju kolaż muzyczny.

Piotrek: Jako zespół wywodzimy się z hip-hopu, jesteśmy nim wręcz przesiąknięci, i traktujemy go jako swego rodzaju kolaż muzyczny. Równoczesne przesłuchiwanie płyt jazzowych, soulowych i folkowych, naprowadziło nas chociażby na pomysł i sposób wprowadzenia na płytę sampli. Wszystko to pozwoliło nam na zastosowanie większego wachlarza kombinacji muzycznych. Na naszym albumie po prostu znalazła się mieszanka naszych inspiracji. Przy innych, wcześniejszych zespołach można zgadywać, że po prostu nie było takiej kompilacji osób, które wychowały się na różnych rodzajach muzyki, i które nagle zaczynają łączyć te gatunki.

Sylwia: Wprowadzenie skitów idealnie scala cały album i nawiązuje do poprzedniej płyty. Skąd pomysł prowadzenia takiej narracji?

Mateusz: Teoretycznie nie jest to nic nowego, bo gdyby spojrzeć na płyty nawet rapowe, to choć teraz rzadko wprowadza się skity, to jednak kiedyś były one bardzo popularne. Te, które pojawiły się u nas, nie zostały jednak wprost nazwane skitem, tylko częścią utworu, który jest równomiernie ważny jak sam kawałek.

 

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

 

Sylwia: Oba albumy są bardzo osobistymi produkcjami przez co dajecie odbiorcy możliwość poznania was jako artystów. A czy wy przy ich realizacji poznaliście samych siebie w jakiejś nowej odsłonie?

Mateusz: Na pewno. Przynajmniej jest tak w moim przypadku, chociaż myślę, że Piotrek ma podobnie. Płyta, którą sam tworzysz od strony wokalnej, jest takim mini kosmosem, czymś bardzo prywatnym. Jest wręcz pewnego rodzaju pamiętnikiem. Czasami taką pracę traktuję nawet jak terapię, aż przychodzi moment, gdzie sobie myślisz „kurczę, czy to w ogóle kogoś interesuje?”, a tu się okazuje, że ludzie mają podobne kłopoty, podobne rozmyślenia. Przy tworzeniu „Kawalerki” wprowadziliśmy zabieg samplowania. Polegał on na tym, że pewnego dnia Piotrek zakupił dyktafon i zaczął po prostu nagrywać. Ostatecznie, gdy słuchaliśmy już nagranych rozmów i dźwięków, wiedzieliśmy, że mamy sampel, którego nie ma nikt inny na świecie.  Powstał on w danej chwili, przy konkretnej pogodzie, gdzie w tle słychać deszcz, a w oddali jeszcze jakąś krowę. To czyni go tylko i wyłącznie naszym samplem.

Mateusz: Piotrek zakupił dyktafon i zaczął po prostu nagrywać. Ostatecznie, gdy słuchaliśmy już nagranych rozmów i dźwięków, wiedzieliśmy, że mamy sampel, którego nie ma nikt inny na świecie.  Powstał on w danej chwili, przy konkretnej pogodzie, gdzie w tle słychać deszcz, a w oddali jeszcze jakąś krowę.

Piotrek: „Kawalerka” stała się kontynuacją „Placu zabaw”. Można uznać ją za wypowiedź starszego Mateusza, który przewodzi temu wątkowi. Pomimo niedociągnięć, pierwotnej wersji albumu, początkowo nie wiedziałem co o tym myśleć, potem jednak uświadomiłem sobie, że nie ważne czym to jest, ważne, że ma to swój szczery klimat. „Kawalerka” dała mi możliwość szerszego spojrzenia. Można nagrywać pralkę i do niej śpiewać. Jeżeli jest szczere to róbcie to ludzie! Jeśli komuś będzie to sprawiało przyjemność i ktoś napisze, że ta pralka uratowało mu życie, to róbcie pranie (śmiech).

Sylwia: Jak wyglądał proces tworzenia tekstów do waszych singli? Wyglądało to tak, że chłopaki na wakacjach powiedzieli: „Mateusz, no weź coś napisz” i automatycznie pisałeś słowa, czy był to raczej długotrwały proces?

Mateusz: W przypadku „Placu Zabaw” przyjechałem do chłopaków do Secymina na wakacje, wiedząc, że w tych dwóch miesiącach chcę zamknąć album. Czasami jednak bywało tak, że gdy siadałem przed mikrofonem, nagle wchodził Amar i ogłaszał, że zaraz zacznie padać deszcz, więc musimy znieść belki siana na traktor. Innym razem było po prostu za ciepło i woleliśmy jechać nad jezioro, niż robić samą muzę. Nagrywamy naprawdę bardzo różnie, często nocą. Był taki czas w Kaliszu, gdzie Piotrek chyba 24 godziny na dobę przebywał w studio. Za każdym razem jest trochę inaczej. Raz jest tak, że siadamy i piszemy numer od razu, a czasami trwa to naprawdę długo.

Bartek: Mateusz, są takie momenty, gdy siadasz i chcesz coś napisać, ale nie masz żadnego pomysłu i wpatrujesz się w pustą kartkę?

Mateusz: Oczywiście, mam tak w 80% czasu. Przeważnie jestem bez jakiegokolwiek pomysłu, i wystarczy jedno zdanie Piotrka, jeden bit od Amara i nagle jest cały tekst. Zwykle później nawet do tego nie wracam. Dla mnie sprawa jest już zakończona, dlatego nazywam to pamiętnikiem.

Piotrek: To ciekawe, bo teraz skojarzyła mi się z tym rzecz, że gdziekolwiek byśmy nie byli, zawsze znajdzie się miejsce, które jest odpowiednie do nagrywania. Zobaczcie, nawet dzisiaj, weszliśmy na backstage i okazuje się, że tu też możemy nagrywać. Dlatego chyba jak się coś robi i się wokół tego kręci to nagle wszystko się układa.

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

Sylwia: Macie pomysły na nowe projekty?

Piotr: Na szczęście mamy ten komfort, że u nas cały czas się coś dzieje, i nigdy nie mówimy sobie stop. Odbija się to w różne strony, bo przykładowo Mateusz zaczął śpiewać, ja zacząłem pisać wiersze, przez co na mikrofonie było rejestrowanych mniej rzeczy. Powstawało za to więcej podkładów. Tak naprawdę my już chyba mamy materiał by dawać go dalej. Powstał też nowy pomysł, by połączyć klimaty „Bitaminy C”, „Listów Janusza” i „Placu Zabaw”. Mamy zamiar iść w tę stronę, i próbować tworzyć takie eksperymenty.

Mateusz: Na nowym albumie podzielimy się wokalem, i będzie to pierwsza jak do tej pory tego rodzaju produkcja.

Mateusz: Na nowym albumie podzielimy się wokalem, i będzie to pierwsza jak do tej pory tego rodzaju produkcja. Tak naprawdę jak poznawaliśmy się z Piotrkiem, to powstał też nasz pierwotny pomysł, by kiedyś zrobić razem album i minęło 10 lat, a my nic razem nie nagraliśmy (śmiech)

Piotr: Tak naprawdę powstał już nasz album z żywymi instrumentami. Obecnie dojrzewa w szufladzie, ale to był chyba bardziej pretekst do wspólnego spędzania czasu. Tamten projekt miał jednak bardzo rapowy charakter. Swoją drogą, cieszy mnie, zmieniające się podejście do samego hip-hopu. Obecnie twórcy otwierają się chociażby na różnego rodzaju współpracę. Kiedyś to środowisko było tak ortodoksyjne, że nie można było przekroczyć ustalonych granic. Dzisiaj te same granice są zacierane, i jest naprawdę szeroki wachlarz możliwości. Jeszcze do niedawna polskie środowisko związane z hip-hopem wypominało sobie odchodzenie od kompaktów i krytykowało wydawanie w Internecie. Dzisiaj Ci sami ludzie funkcjonują bardzo sprawnie w sferze wirtualnej i bardzo dobrze się mają, a co najważniejsze nie szkodzi to ich muzyce. Kiedyś było to po prostu za bardzo zaszufladkowane.

Mateusz: W sumie cieszę, że zdążyliśmy się jako Bitamina nieco zdystansować się od rapu, zanim jeszcze wszedł ten trap. Osobiście nic do niego nie mam, ale odkąd stał się popularny w USA, zaczęło być go wszędzie pełno. A gdzie tu miejsce na własny pomysł?

 

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

 

Bartek:  Co myślicie o trendzie, że Youtuberzy zaczynają twórczość?

Piotrek: Wiem o czym mówisz, ale ja nigdy tego nie doświadczyłem, nie mam pojęcia co o tym pomyśleć. Nie wiem jaki miałby być kłopot w tym, że takie osoby sięgają za mikrofon. Samo jednak to, że oni już kimś tam są, skłania nas do zastanowienia się nad tym czy on powinien robić muzykę? Mi to wcale nie przeszkadza. Jeżeli ktoś ma swoich odbiorców, to najwidoczniej ma to racje bytu. Chociaż niedawno się zorientowałem, że gdy rozmawialiśmy z kimś z młodszego pokolenia to takie oczywistości jak Erykah Badu stają się dla nich kompletnie nieznane. Teraz granice się przesunęły do tego stopnia, że młode pokolenie będzie dojrzewało na zagwozdkach, czy Youtuber może rapować, czy nie. Przechodzimy ewolucję w bitach, ale stosowanie auto-tune jest jedynie półśrodkiem. Może ludzie jednak zaczną słuchać tych pralek? (śmiech).

Sylwia: Jako, że jesteś aktorem z zawodu, ze sceną masz kontakt nie tylko w przypadku trasy koncertowej. Stąd pytanie czy piszecie sobie jakiś scenariusz i traktujecie koncert jak sztukę, czy wychodzicie na scenę i po prostu gracie na „spontanie”?

Mateusz: Tu są właśnie różne zajawki. My z Amarem znamy się z teatru. Potem doszedł Piotrek, który obecnie więcej czasu spędza przy opowiadaniach teatralnych niż ja i Amar. Dążymy do tego żeby zrobić jakąś taką zamkniętą formę, w której można się poruszać. Ja jestem fanem tego, żeby koncert był luzacki, bo tak naprawdę wyróżniamy się tylko tym, że stoimy pół metra wyżej na koncercie i gramy konkretny utwór. Nie chcemy tego robić jednak zbyt plakatywnie, tylko żeby była to ruchoma forma.

Sylwia: Przed Wami mini trasa koncertowa- trzy koncerty dzień po dniu. Potem znów gracie w grudniu. Jak radzicie sobie z tym, że cały czas jesteście zajęci, a Mateusz na dodatek na stałe mieszka w Kolonii. Jak ta Wasza współpraca wygląda?

Piotrek: To nie wygląda tak tragicznie, w sumie to ty Mateusz masz najgorzej …

Mateusz: U mnie czasami jest gorzej…

Piotrek: Czekamy, aż Mateusz przyjeżdża na dłuższy czas, niż co chwila miałby się pojawiać. To jest też zasługa Dawida, który logistycznie próbuje z tego wybrnąć. Są też inni członkowie zespołu…

Mateusz: Oni też są rozsiani po całym świecie. Jedna osoba mieszka w Kopenhadze inna w Berlinie…

Piotrek: Dzisiaj na przykład Brian Massaka, który jest z Torunia, a obecnie mieszka w Kopenhadze nie mógł do nas dołączyć. Mimo wszystko udaje się to zorganizować. Koncert jest zagrany i jest podobna energia.

Mateusz: Aczkolwiek Brian powinien być skoro gramy u niego (śmiech). Ale to nie jest pierwszy koncert w Toruniu.

 

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

Sylwia: Jak wspominacie letnią trasę koncertową?

Piotrek: Latem więcej graliśmy występów plenerowych. Teraz będzie więcej koncertów w klubach. Letnie granie to było bardzo ciekawe doświadczenie –  przede wszystkim techniczne.

Mateusz: Grać koncerty zaczęliśmy rok temu. Przez ten okres bardzo dużo się nauczyliśmy. Zrozumieliśmy o co tu chodzi i dlaczego muzycy, których my słuchaliśmy zawsze mówili, że granie na żywo to inna bajka.

Sylwia: Myślę, że Wasze letnie występy, były ciekawym sposobem, by dotrzeć do większego grona odbiorców. Ja na przykład zabrałam na koncert moich znajomych i właśnie przy takiej okazji, zostali waszymi wiernymi słuchaczami. Można to uznać jako pozyskiwanie fanów, bo „zwykłego sposobu” promowania to Wy raczej nie stosujecie.

Mateusz: Tak naprawdę nikt nie ma czasu i zajawki na promowanie. Wychodzimy z założenia, że jak ktoś chce usłyszeć to i tak usłyszy. Może ktoś zachęci do przesłuchania. Jeśli ktoś ma znajomych, którzy mają podobną wrażliwość to prędzej czy później i tak usłyszą.

Mateusz: „Dom” robi swoje. My patrzymy z boku i jesteśmy w szoku, że nikt nas nie znał, a kawałek ma ponad dwa miliony wyświetleń. to jest zdumiewające. Potem przychodzisz na koncert, a cała sala zna teksty.

Piotrek: Ale na przykład idziesz sobie dajmy na to: galerią handlową i ktoś chce dać Ci ulotkę. To bardziej odpycha niż zachęca, a jeżeli się na coś trafi samemu to też inaczej działa.

Mateusz: Ostatnio pewna dziewczyna napisała, że w Media Markt usłyszała „Dom”. Zapytała co to za utwór i od razu zakupiła płytę. (śmiech). Śmiesznie jakoś ta reklama działa, Dom robi swoje. My patrzymy z boku i jesteśmy w szoku, że nikt nas nie znał, a kawałek ma ponad dwa miliony wyświetleń. to jest zdumiewające. Potem przychodzisz na koncert, a cała sala zna teksty. Bardzo nas to satysfakcjonuje.

Sylwia: Osiem miesięcy po wydaniu „Kawalerki”. Zmienilibyście coś?

Mateusz: Ja to tydzień później chciałem już coś zmieniać. To się raczej nie kończy. Piotrek, w „Listach Janusza”, zmieniłbyś coś?

Piotrek: Oczywiście. Z drugiej strony koncerty pokazują, że też nie ma co naciągać rzeczy. Tak to wygląda w tym momencie, tyle potrafię i koniec. To pokazuje, że nie trzeba siedzieć i nie wiadomo jak szlifować. Oczywiście nauka jest ważna, żeby była lepsza jakość, ale bez przesady.

Mateusz: Ja jeszcze muszę kolegów z zespołu pochwalić, bo to oni odpowiadają za tę jakość. Ja należę do tych osób, które jak coś nagrają to najchętniej by już publikowały. Oni są po prostu strażnikami bitu i mówią: Poczekajmy niech to poleży. I tego się nauczyłem od chłopaków, że niektóre rzeczy wymagają czasu. Nie chodzi o to, że potrzebują poprawek, tylko żeby poczekały. Wtedy można sprawdzić czy nam się podoba, czy nie i za jakiś czas udostępnić.

Sylwia: Jakie macie plany na chwilę obecną? Tworzycie? Macie jakieś terminy?

Mateusz: Tworzymy cały czas.

Piotr: Terminy się nie sprawdzają w naszym przypadku.

Mateusz: Nasz manager proponował nam dzisiaj termin wydawniczy to część parsknęła śmiechem, inni się zgodzili…

Piotr: Termin może się okazać dobry, ale możliwe, że coś się wydarzy i nagle będzie ciążyć na nas presja, że coś powiedzieliśmy. Myślę, że coś się pojawi w nowym roku, ale nie wiadomo co to będzie.

 

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

 

Bartek: Będą jacyś goście?

Mateusz: Na Mamie Europy chyba będą. Na moment się otwieramy (śmiech). Zresztą przez te granie poznaliśmy wielu zdolnych muzyków, z którymi chcielibyśmy nawiązać współpracę. Częściowo są to osoby, których byliśmy fanami. Teraz okazuje się, że to oni chcą z nami coś robić.

Piotr: Jest to kolejny zastrzyk mobilizacji. Taki „kopniak”. Potem człowiek sobie myśli: Dobra, idziemy z tym dalej i zobaczymy co będzie.

Mateusz: Na pewno następny album, który wyjdzie w kolejności będzie tym, na którym jesteśmy razem. Ja na pewno będę zamykał tę trylogię.

Piotr: Nie byłbym tego taki pewien (śmiech). Nie wiadomo czy to będzie album.  Wracając do pytania co byśmy chcieli robić na scenie to nie mamy takiego parcia, że mamy listę osób, z którymi udało nam się nawiązać koniecznie chcemy ich mieć. Na przykład zastanawialiśmy się długo, kto może nam zrobić teledysk, ale chłopaki byli najbliżej i ich praca nas satysfakcjonuje.

(wchodzi Amar)

Mateusz: O tu jest Amar. Raz lubi być na wywiadzie, raz nie (śmiech).

(Amar wychodzi)

Sylwia: Amar to chyba stroni od spraw medialnych?

Mateusz: To nasz główny motor napędowy, żeby się nie promować (śmiech).

Sylwia: Jak wcześniej rozmawiałam z Bartkiem to doszliśmy do wniosku, że ten Wasz brak promocji też w pewnym sensie jest promocją. Przez to, że nie wchodzicie za bardzo w media mainstreamowe, ludzie inaczej was postrzegają.

Piotr: Tak naprawdę to nie media tylko ludzie decydują…

Mateusz: Aczkolwiek jeśli jakiś redaktor lubi dany utwór i namiętnie puszcza jakiś singiel to jednak wtedy ma wpływ.

Piotr: No dobra, ale gdyby nie miał odbiorców…

Mateusz: To nie miałby radia. (śmiech).

Piotr: Ale i tak uważam, że to wszystko zależy od ludzi. Im bliżej ludzi, tym lepiej… O Boże, ja to powiedziałem (śmiech).

Mateusz: Najważniejsza jest zdrowa mieszanka. Są produkty przereklamowane, które w ogóle nie mają tego standardu, o którym się myśli po promocji. Są rzeczy, które są „niedoreklamowane”, a okazują się być dobrym produktem.

Bitamina Toruń, NRD /Fot. Sylwia Serwańska

 

Sylwia: Za niedługo koncert. Jak nastawienie?

Mateusz: Stresik, stresik. Ja zawsze się denerwuję przed koncertem.

Piotr: Ja w ogóle się nie stresuję.

Bartek: Piotrek, stres pojawia się tuż przed samym koncertem czy masz nerwy ze stali?

Piotr: W sumie to nie wiem. Mi się wydaje, ze się nie stresuje. Ja się bardziej denerwuję, jak wysyłam chłopakom próbne wersje materiału. I już sobie myślę: no zaraz pewnie trzeba będzie coś poprawić. Natomiast jak powiedzą, że jest świetnie, to mam tydzień z głowy. (śmiech). A na poważnie bywają stresujące momenty. Miałem tak na przykład na Openerze, że niby jest fajnie, ale jak ogarnąłem, że zaraz wychodzimy, zobaczyłem ogromną ilość osób to wówczas musiałem chwilę pomyśleć. Ja bardziej stresuję się tym, ze ludzie przyszli się tu dobrze bawić, a ja mogę im tą zabawę zepsuć jakimś szczegółem.

Bartek: Zdarzyło się Wam zapomnieć tekst? I jak sobie poradziliście?

Mateusz: Fajnie, że ludzie już znają teksty, bo to znacznie pomaga (śmiech).  W ogóle jest kilka numerów, które są tak zbudowane, że jak źle złapiesz oddech to potem ciężko jest to nadrobić.

Piotr: Ja się w ogóle nie mylę. (śmiech).

 

Rozmawiali Sylwia Serwańska i Bartosz Stelmasik.

Jeśli podobają Ci się takie rzeczy i chcesz być na bieżąco to polub nasz Fanpage na Facebooku.

image sources

  • DSC_0820: Sylwia Serwańska